Dzień 1417
„Etot Dien' Pobiedy”… - tylko że zupełnie nie
Komentarze są dostępne pod wpisem na FB.
Dzień Zwycięstwa w Rosji… Co za święto, co za symbolizm, co za obchody! I piosenka też niesie potężny ładunek emocji: „wielka radość, ale oczy pełne łez”. Cóż, Rosjanie zrobili ze swojej „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej” symbol nad symbole. Oczywiście, w ojczyźnie księcia Potiomkina, wzorem wielkiego kombinatora - przepraszam - przodka, trzeba było całkiem sporo przemilczeć, pewne rzeczy zbagatelizować, inne wypucować a kilka wymyślić od zera, ale akurat nie o to chodzi.
Chodzi o liczbę „1418”. Mocny symbol, utrwalony i bardzo chętnie wykorzystywany w Rosji. Serie książek pod szyldem „1418 dni”, nawiązania: w rodzaju „1418 kroków” i tak dalej i tak dalej. Ogólnie Rosjanie to lubią, bo podobne symbole są też np. dla blokady Leningradu, tam z kolei jest to „900 dni i nocy” (realnie bodajże 872, ale z pewnością łapiecie zasadę).
Problem w tym, że o ile w maju 1945 Rosjanie, dzięki rzece zaopatrzenia, które otrzymywali w ramach programu land-lease i rzece krwi żołnierzy, zmobilizowanych także na terenach ówczesnej Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej (w miarę ostrożnie przyjmuje się, że przewinęło się przez Armię Czerwoną około 6 milionów Ukraińców) byli w stanie dotrzeć do Berlina i tylko dlatego nie wsadzili w ząbek czesanego do klatki, bo ten pierwszy strzelił sobie w łeb - o tyle po 1418 dniach „trzydniowej specjalnej operacji wojskowej” nadal niemalże drepczą w miejscu.
Gdyby poruszali się z prędkością ślimaka, to już byliby w okolicach Berlina, a tymczasem nawet tego nie mają. Wygląda też, że nie udało im się uzyskać zauważalnego przełomu, mimo zapaści, w jakiej znalazły się SZU - i gdy Rosja zaczyna mieć bolesne problemy z przemysłem i eksportem to jest szansa na to, że Ukraina zaczyna brać się w garść. Oczywiście kluczowe jest to, jak to się rozwinie, ale sami widzicie - te 1418 dni będzie Rosjan bardzo, bardzo, bardzo boleć w miłość własną.
Zwłaszcza, że w ostatnich dniach USA wyraźnie zademonstrowały, jak takie „specjalne operacje” się organizuje, odhaczając po kolei wszystkie elementy, od rozpoznania poprzez eliminację obrony przeciwlotniczej (tak, była, tak nie ma jej), eliminację ochrony Maduro i wywiezienie figuranta z kraju. Uczeń upokorzył mistrza. I to nie jeden raz, jak za chwilę się przekonacie.
P.S. Co do tego przemysłu i eksportu to nie jest takie pobożne życzenie. Za Jakubem Wiechem: „Listopad 2025 był najgorszym miesiącem dla rosyjskiego handlu ropą od początku pełnoformatowej wojny, a w 2025 r. dochody ze sprzedaży ropy i gazu mają być gorsze o ok. 22% w stosunku do roku 2024”.
Ataki powietrzne i miszmasz ogólny
1. Będzie chaotycznie, bo tym razem wydarzeń nie da podzielić się kategoriami - zbyt istotna jest chronologia wydarzeń. A jest ciekawie. Jak doskonale pamiętacie, Rosjanie obecnie są w stanie przeprowadzić jeden, średniej wielkości atak (czyli jakieś 30-40 rakiet i około 500 dronów) raz na tydzień. Jak oszczędzą troszkę więcej i zrobią dłuższą przerwę, to rakiet jest blisko 50 i dron może być i 650, ale średnia pozostaje taka sama.
2. Po opublikowaniu poprzedniego wpisu, czyli 4 stycznia w ciągu dnia, umieściłem komentarz, w którym wyraziłem obawę o to, że najprawdopodobniej w nocy na 5 stycznia dojdzie do kolejnego ataku. Wszystko na to wskazywało - zarówno czas, jaki upłynął od poprzedniego oraz obserwacja rosyjskiej aktywności. To wszystko jest bardzo dobrze, dla Ukrainy, widoczne: widzą, gdy Rosjanie rozwożą drony w pobliże pozycji startowych, widzą, gdy transportowce lecą do baz lotniczych aby dostarczyć tam części i rakiety, widzą, gdy bombowce startują ze swoich dalekowschodnich baz aby zająć pozycje do odpalenia rakiet.
Na marginesie: fakt, że Rosjanie musieli uciec z baz lotniczych w zachodniej i centralnej części kraju i umieścić lotnictwo strategiczne najdalej od Ukrainy, jak się da, daje większe możliwości reakcji: bombowce lecą dość długo na pozycje w centralnej Rosji a potem rakiety też mają spory dystans do pokonania. Na pewno też jest to jakiś sposób demonstrowania rosyjskiej potęgi, podobnie jak ucieczka z Sewastopola do Noworosyjska demonstruje potęgę Floty Czarnomorskiej. Są takie ancymony, co święcie w to wierzą ale jakoś nie potrafią mi przekazać, na czym ta demonstracja mocy polega. Ale to już dygresja do dygresji, zostawmy to.
W każdym razie wszystko odbywało się według znanego schematu: bombowce strategiczne się poderwały, w powietrzu znalazły się też MiG-i 31K, które służą do odpalania „Kindżałów” a których pojawienie się w powietrzu wystarcza aby po całej Ukrainie poszły komunikaty o ryzyku ataku - jednym słowem tydzień jak co tydzień, czas wstrzymać oddech i zaprowadzić rodzinę do łazienki (bo w ukraińskim budownictwie łazienka jest stosunkowo najbezpieczniejsza, zwłaszcza jeśli macie żeliwną wannę)…
…i bardzo się zdziwić i odetchnąć z ulgą, bo nic nie zaszło. Samoloty zostały podobno cofnięte już z nieba, okręty nawet nie wykradły się dumnie na redę Noworosyjska, aby stamtąd zademonstrować swoją moc i panowanie nad Morzem Czarnym (na zasadzie: „po kontrolą akwen mały - akwen wielki, jednym słowem akwen wszelki”).
Nad Ukrainę poleciało zaledwie 9 balistycznych Iskanderów-M i 165 dron.
3. Co najdziwniejsze i najciekawsze to do dzisiaj nie doszło do naprawdę dużego ataku lotniczego Rosji na Ukrainę. Miał miejsce bardzo brutalny atak terrorystyczny na Kijów, o czym napiszę, ale mimo inflacji stopni przymiotników, do jakiej przyczyniają się różne polskie portale daleko mu było od określeń „wielki” czy coś w tym stylu. Bandycki, zbrodniczy, cyniczny - tak. Ale „wielki” to jakby nie.
Dlaczego Rosjanie nie zaatakowali, choć powinni być w stanie? Pierwotnie zastanawiałem się, że może nie chcieli urazić miłości własnej Trumpa (bo urażona miłość własna narcyza, to jest katastrofa) i nie „przykryć” swoim atakiem doniesień o amerykańskim ataku na Wenezuelę, który miał miejsce ciut wcześniej (z piątku na sobotę a Rosjanie atakowali z niedzieli na poniedziałek) - ale potem doszło do rosyjskiej „demonstracji siły” i ta demonstracja też okazała się żenująco mizerna, więc teraz po prostu nie wiem.
5. I teraz schodzimy z nieba na ziemię. A konkretnie na wodę. To ważne doprecyzowanie, zwłaszcza gdy pokazujecie chłopakom na mapie, gdzie maja się okopać. Ale nie tylko z tego powodu.
Otóż od momentu ataku na Wenezuelę USA zaczęło zatrzymywać statki, płynące do tego kraju w momencie, gdy zaszły opisane wydarzenia mieli już przejęte co najmniej dwa tankowce. No i teraz przechodzimy do naszego bohatera: tankowiec Bella, przynależny do rosyjskiej „floty cieni”, płynie z Iranu do Wenezueli. Bandera… brak. To znaczy panamska, ale fałszywa.
21 grudnia Straż Przybrzeżna chce wejść na pokład Belli. Ta uniemożliwia to, ucieka, maluje na burcie flagę Rosji ogłasza, że jest teraz jednostką rosyjską. Statek wyłącza transponder i oddala się rączo. W późniejszym czasie Rosjanie ogłaszają, że 24 grudnia Bella została wpisana do ich rejestru jako „Marinera”, wzywają USA aby się odczepiły od rosyjskiej jednostki i informują, że wysyłają okręty wojenne, aby ją eskortować.
W tym momencie świat lekko zaczął się podśmiewać z USA, bo wyglądało na to, że wystarczyło magiczne słowo „Rosja” aby Trumpowi zmiękła rura. W międzyczasie, po dwóch tygodniach żeglowania „po kryjomu” Bella/Marinera 1 stycznia 2026 włączyła sobie na luzaku transponder i objawiła się na kursie ewidentnie sugerującym któryś z portów rosyjskich.
No i 7 stycznia wszystkim wydłużyły się twarze, bo USA - przy współpracy sojuszniczej - ewidentnie dokonały abordażu jednostki „mimo obecności w rejonie rosyjskich okrętów wojennych”. Które zrobiły dokładnie to, co mogły - czyli nic. Rosja zrobiła dokładnie to, co w takiej sytuacji robi kieszonkowy urka z blokowiska - czyli poszukała kogoś słabszego do bicia, bo do USA jakoś nie podskoczyli. Nie wiem też, jak to wygląda u Was, ale dziś koło południa nie było jeszcze wojny światowej i atomowej zagłady, ale w sumie gdy piszę to dużo mi ucieka i może nie dostrzegłem…
6. Oczywiście wychodzi na to, że USA dokonały aktu piractwa, złamały prawo morskie etc. etc. Ale to inna sprawa i w tej chwili mniej mnie to interesuje. Jakbym chciał sobie to poukładać, to uznałbym, że to po prostu kwestia wychowawcza. Prawo morskie jest m.in. (tak, wiem, że to bogata, fascynująca dziedzina prawa, która wykuwała się setkami lat tradycji i obejmuje wiele aspektów) sposobem na to, abyśmy jakoś sobie poukładali to wzajemne bytowanie i nie ponosili kosztów eskortowania każdej jednej jednostki handlowej przez marynarkę wojenną (bo wody jest dużo i jak my komuś capniemy galeon to niewykluczone, że pół świata dalej ktoś capnie nam). Z wzajemnego porozumienia i wzajemnej dobrej woli wykuwa się cywilizacja i dobrobyt.
My, w Polsce, uczymy się takich rzeczy od dziecka, choćby dzięki takim utworom jak „Paweł i Gaweł w jednym stali domu”. Kultura rosyjska, która podobno wielką jest, takich nauk najwidoczniej nie niesie i nie wychowuje dzieci na ludzi cywilizowanych. A skoro przy tym jesteśmy, to czytajcie Fredrę: to naprawdę wszechstronny twórca, zapewnia rozrywkę zarówno na dzień, dla najmłodszych, na popołudnie - dla kulturalnej młodzieży i dorosłych oraz na późny wieczór, już tylko dla dorosłych. I dla młodzieży, ale tylko nieoficjalnie. Ale chyba troszkę wykraczam, prawda?
Ale troszkę trudno jest ograniczać się samemu w sytuacji, gdy ktoś świadomie postanawia takie prawo łamać, więc traktuję to zdarzenie jako praktyczną naukę: „z tej to powiastki morał w tym sposobie”.
7. Co zrobiła Rosja? Ano to, co robi pierwszy lepszy zbir, który dostanie wycisk: poszukała sobie kogoś słabszego do bicia i postanowiła odegrać się na Ukrainie. Serio. „Za Maduro”, jak pisały niektóre kanały. Trzeba przyznać, że zarówno uzasadnienie jak i wybór celu ataku został przez niektórych komentatorów rosyjskich skrytykowany, choć nie z powodu humanitaryzmu, tylko jako „bezsensowna demonstracja, która nic nie wnosi dla frontu”.
W nocy z 8 na 9 stycznia Rosjanie zaatakowali - praktycznie wyłącznie, z jednym małym wyjątkiem - Kijów. Patrz rysunek. Atak był… średniej skali. 242 drony (z czego 150 Shahed/Gerań - do nomenklatury wrócę w przyszłości), 13 balistycznych Iskander-M/S-400, 22 „Kalibry” i jeden „Oriesznik”.
Strącono 226 dron i aż 8 balistyków. Do tego 10 „Kalibrów”. Jednak to, co się przedarło, po skoncentrowaniu się na Kijowie, wystarczyło aby pół miasta zostało pozbawione prądu i ciepła i to w warunkach kilkunastostopniowych (widziałem nawet informację o -19) mrozów. Jest to zbrodnia i morderstwo na najsłabszych, którzy uwięzieni w domach mogą umrzeć z zimna. Mer Kliczko wezwał mieszkańców do - jeśli mają taką możliwość - opuszczenia miasta i schronienia się tam, gdzie jest niezależne ogrzewanie.
Tu mała dygresja, bo skoro dla niektórych portali to był „wielki atak” to pewnie nie są świadome, że taki apel nie padł po raz pierwszy od 2022, więc to nie jest przełomowa sytuacja. Ale jest też bardzo niedobrze.
Dodatkowo Rosjanie atakowali w taki sposób, aby uderzać w te same miejsca w dużym odstępie czasu, Piotr Kaszuwara zamieścił zdjęcie z jednego z budynków, gdzie co prawda rodzina przeżyła, dzięki ukryciu się w łazience („dwie ściany”!) ale zginął medyk, który przyjechał ratować ludzi i który padł ofiarą drugiego uderzenia.
8. Piszę o Kijowie - na pewno zwróciliście jednak uwagę na samotną kreskę, sięgającą aż pod zachodnią granicę Ukrainy. Tak, to rakieta balistyczna średniego zasięgu, zdolna też do przenoszenia głowic jądrowych czyli ten słynny „Oriesznik”. Jego lot (tym razem udany, bo to w jego przypadku nie zawsze jest pewne) mógł wzbudzić pewien niepokój w zachodnich stolicach, bo do pewnego momentu nie ma się pewności, czy leci „tylko” do Stryja czy może krzywa sięgnie ciut-ciut dalej i walnie w lotnisko w Rzeszowie. Tak też odebrali to niektórzy komentatorzy.
Osobiście byłem sceptyczny ale - ku mojemu zdziwieniu - Rosjanie następnego dnia odpalili swoje boty i zaczęli po polsku straszyć nas Oriesznikiem(!). Rysunki z zębami, pisane łamaną polszczyzną bajki o tym, jakoby ta pojedyncza rakieta zniszczyła magazyny gazu na zachodzie Ukrainy (no szanujmy się, mogła co najwyżej zniszczyć fragment instalacji naziemnej, kawerny z gazem są pareset metrów w skale) i tak dalej i tak dalej.
Innymi słowy - oni naprawdę nas tym chcieli straszyć!
Serio?
Mam apel do Rosjan: dajcie spokój, nie kompromitujcie się, bo nie chcę odczuwać wobec was żadnej litości, a jak widzę taką nieporadność umysłową, to jakoś tak mi się włącza.
9. „Ale atom! Ale nie-po-wstrzy-ma-ny! Ale BA-LI-STYYY-CZNYYY!” (to ostatnie czytamy z takim wyciem, jak w historiach o duchach).
No więc tak: czy nam się to podoba, czy nie, Polsce Rosjanie grożą atomową zagładą od jakichś trzydziestu lat. Rok w rok, kwartał w kwartał. Na szczeblu wypowiedzi polityków, w programach publicystycznych, w rozrywkowych. Gdzie się da. No i nadal istniejemy. Jeśli nie przejmowaliście się wizją atomowego piekła pięć lat temu, miesiąc temu to nie przejmujcie się nim dzisiaj. Bo technicznie Rosja nie ma więcej argumentów, niż miała - a możliwe, że ma ich mniej, niż 30 lat wstecz, bo wiele rzeczy u nich okazało się godnymi księcia Potiomkina.
A jeśli boicie się od wczoraj, to przestańcie. Ludzie, którzy wciskają guziki, wiedzą że to byłby koniec Rosji - koniec ich posad, ich luksusów i ich dostatku. Rosyjska generalicja ma jeden cel - chce skończyć życie w trakcie kolejnej, szczęśliwej, pijackiej orgii a nie bijąc się ze świecącymi szczurami o stertę nie do końca zgniłych śmieci.
Jeśli chodzi o niepowstrzymanie to nie do końca. Niemcy mają systemy, zdolne do zestrzelenia takich rakiet. I nie tylko oni. Tu zresztą przechodzimy do ostatniego stracha: „balistyczny”. No i co? Iskander-M też jest balistyczny. Też przenosi głowice jądrowe. Ma zasięg 500km. Jak Rosjanie odpalą je z Królewca albo Białorusi to nawet nie zdążycie się na dobre przestraszyć, zanim nie walnie. I co? Baliście się przez ostatnie dwadzieścia lat? Nie przypuszczam, bo jak ostatnio Rosjanie straszyli nas rozstawianiem Iskanderów w Królewcu (wyszły na pozycje bojowe, stanęły do pionu) to nawet nasze panikarskie media okazały się tak znieczulone, że zlekceważyły całą sprawę i gdyby nie twitter, to pies z kulawą nogą by się nie dowiedział. A tak to choć paru fascynatów militariów zobaczyło. Reszta wzruszyła ramionami.
Tak więc.
Doniesienia różne
10. Pytaliście mnie, komu można przekazać 1.5% na pomoc Ukrainie. Z tym jest troszkę trudniej, bo obecnie wolontariusze, których wspomagamy, działają na własną rękę (stąd następna zrzutka będzie zapewne wystawiona przez kolejną osobę, nie zdziwcie się) i nie mają fundacji. Natomiast jest pewna inicjatywa, którą już tutaj wspominałem a która wydaje mi się godna poparcia pod każdym względem - mianowicie chodzi o bojowych medyków z Fundacji w Międzyczasie.
Oni nie tylko ratują codziennie życia ukraińskich żołnierzy ale też starają się przekazywać zdobytą wiedzę tutaj na miejscu, w Polsce. W ten sposób wspomagają nie tylko walkę Ukrainy ale i bezpośrednio wzmacniają nasz kraj. Czy może być coś lepszego?
Strona fundacji zawiera informację (na dole) o sposobie wpłacania 1.5% podatku.
11. Kyryło Budanow już działa w nowej roli. Dzisiaj opublikował wpis, w którym poinformował, że przeprowadził spotkanie z przedstawicielami Sztabu, Wojsk Lądowych, żandarmerii i „pozostałych służb” na którym wzięto na warsztat przekręty i nieprawidłowości w działaniu centrów uzupełnień oraz problem samowolnych opuszczeń jednostek (to jest popularne także ze względu na nieprawidłowości służby, czasami jako sposób na przeniesienie się do lepszej jednostki etc.). Budanow zapowiedział, że ponieważ oba te zagadnienia podrywają zdolność wojska dlatego sprawy zostaną załatwione „jednoznacznie i efektywnie”.
Więc mamy tutaj niejako kij dla każdego - z jednej strony obietnicę wzięcia w karby tyłów, które nie wypełniają swojej roli wobec żołnierzy ale też samych żołnierzy, których ostrzega się, że zaostrzenie będzie dotyczyć wszystkich.
To jest właśnie ten ciekawy moment, gdy zobaczymy - wóz albo przewóz. Wiele osób, błyskotliwych w swoich dziedzinach, poległo na problemie zarządzania na wyższym poziomie. Czy Budanow da sobie radę z wrogim molochem biurokracji i dupokryctwa? Nie stawiałbym na nim kreski, czasami tacy ludzie pojawiają się w takich sytuacjach i - jeśli mają poparcie i dojście do najważniejszego decydenta - potrafią dokonać cudów.
Nam pozostaje trzymać kciuki.
12. W poprzednim wpisie cytowałem obawy ukraińskiego wywiadu, że Rosja może spróbować jakiejś prowokacji u siebie, coś w rodzaju akcji z wysadzaniem budynków, które w swoim czasie dały Putinowi silną legitymację do wojny z Czeczenią (jest o tym ciekawy artykuł [pol]).
Na szczęście - jak zapewne już wiecie - do niczego nie doszło. Nie wiemy, czy nie doszło bo okoliczności światowe splotły się tak, że nie miało to sensu, czy fakt nagłośnienia zepsuł Rosjanom efekt czy może po prostu ukraiński wywiad jest przewrażliwiony i dmucha na zimne, co też być może.
13. Bardziej prawdopodobne wydają się teraz uderzenia terrorystyczne na Ukrainę, do czego wzywa np. Aleksander Dugin (tak, TEN Dugin), który wprost pisze:
„Rosja musi zrobić coś straszliwego aby odzyskać wiarygodność. To bardzo smutne, ze musimy sięgać po takie metody. Ale nie mamy wyboru. Tylko brutalność, siła, masowe zniszczenie i okrucieństwo liczą się w świecie, wykreowanym przez Trumpa. Uderzysz pierwszy albo zginiesz.”
To takie… takie rosyjskie. Jakbyście nie znali autora, tylko frazę, to niczym ten koneser bimbru, podający ulicę i numer mieszkania bylibyście w stanie powiedzieć: „Tak… Rosjanin. Przestraszony. Zagubiony. Ma poczucie braku własnej ważności”.
Co prawda brzmi to groźnie, ale my - jako weterani kontaktów z Rosją - doskonale rozpoznajemy wzorzec:






